Home / Edukacja / Katastrofalne położenie nauczycieli – walka o godność
Katastrofalne położenie nauczycieli – walka o godność

Katastrofalne położenie nauczycieli – walka o godność

Dawid Kański – Alternatywa Socjalistyczna – nauczyciel i członek ZNP

Niskie wynagrodzenia

Jedną z głównych przyczyn niezadowolenia w środowisku nauczycieli są niskie pensje. Średnie wynagrodzenie, które w swojej propagandzie wykorzystuje rząd, osiąga niewielki odsetek nauczycieli i to tych pracujących na więcej niż jednym etacie. Jeszcze w maju bieżącego roku nauczyciel stażysta, czyli taki, który po raz pierwszy rozpoczyna pracę w edukacji, otrzymywał wynagrodzenie zasadnicze o wysokości niższej niż minimalne wynagrodzenie za pracę (nauczyciel stażysta – 2949 zł brutto, minimalne wynagrodzenie za pracę 3010 zł brutto). Natomiast jeszcze mniejsze wynagrodzenie otrzymywały osoby z tytułem magistra i licencjata, ale bez przygotowania pedagogicznego (osoby będące w trakcie studiów podyplomowych z przygotowania pedagogicznego) kolejno 2818 i 2800 zł brutto. Z kolei nauczyciel kontraktowy otrzymywał tylko o 24 zł więcej niż minimalne wynagrodzenie za pracę. Po rządowych „podwyżkach” minimalne wynagrodzenia nauczyciela stażysty wzrosło do 3079 zł brutto, kontraktowego do 3167 zł brutto, mianowanego do 3597 zł brutto, a dyplomowanego do 4224 zł brutto, a wynagrodzenie osób bez przygotowania pedagogicznego zostało zrównane do płacy minimalnej. W maju br. wynagrodzenia nauczycieli wzrosły o 4,4%, natomiast inflacja wyniosła prawie 14%, co oznacza, że realne wynagrodzenia nauczycieli spadły, a nie wzrosły.

Antypracownicze działania rządu

Nie tylko skandalicznie niskie wynagrodzenia są powodem rosnących frustracji wśród nauczycieli, ale także postępujący demontaż Karty Nauczyciela (jest to proces trwający od lat 90. XX wieku), zmiany w prawie oświatowym, a także podstawy programowej. Najnowsza nowelizacja Karty Nauczyciela zmienia liczbę stopni awansu z czterech do dwóch, celem tych zmian było m.in. odbiurokratyzowanie ścieżki awansu. Jednak według organizacji zawodowych zmiany w ustawie stawiają przed nauczycielem szereg jeszcze bardziej biurokratycznych procedur niż poprzednia ścieżka awansu, ponadto wydłużają czas oczekiwania na umowę o pracę na czas nieokreślony z roku, do co najmniej dwóch lat. A więc mamy tutaj do czynienia z bardzo niekorzystnymi zmianami, które w gruncie rzeczy dążą do uelastycznienia czy wręcz uśmiecowienia zawodu nauczyciela. Wcześniejsza, jak na razie, nieudana próba nowelizacji Karty Nauczyciela zakładała m.in. wydłużenie czasu pracy przy tablicy z 18 do 22 godzin lekcyjnych w tygodniu, wprowadzenie godzin karcianych w liczbie 8 godzin tygodniowo, likwidację wielu świadczeń socjalnych oraz pozorne podwyżki wynagrodzeń, które w zasadzie nie rekompensowały utraty świadczeń socjalnych, wydłużenia czasu pracy przy tablicy czy dodatkowych godzin karcianych. Skutkiem tych zmian miały być także masowe zwolnienia nauczycieli.

40-godzinny tydzień pracy to fikcja

Według badań Instytutu Badań Edukacyjnych nauczyciele średnio pracują 47 godzin w tygodniu, a więc statystycznie każdy przez 7 godzin w tygodniu wykonuje swoją pracę bez wynagrodzenia. W moim przypadku praca nauczyciela nauczającego przedmiotu maturalnego to praca od 10 do nawet 12 godzin dziennie, bo poza pracą przy tablicy nauczyciel musi przygotować się do lekcji, tworzyć i sprawdzać kartkówki, sprawdziany czy testy, a następnie ich wyniki analizować, by później na ich podstawie odpowiednio modyfikować proces opanowywania podstawy programowej przez uczniów i uczennice. Podobnie wygląda sprawa z maturami próbnymi. Żadne obowiązki, a tym bardziej te związane z maturami nie mogą być wykonane bez należytej staranności, ponieważ podejście nauczyciela ma również wpływ na wyniki maturalne jego podopiecznych. Ponadto praca nauczyciela to także inne prace wykonywane na rzecz szkoły. Zmiany proponowane przez Czarnka drastycznie zwiększały ilość nauczycielskich obowiązków, a co za tym idzie również ilość pracy wykonywanej bez wynagrodzenia.

Prawicowa indoktrynacja

Kolejnym problemem jest wykorzystywanie edukacji i szkół do prawicowej, bogoojczyźnianej i wręcz skrajnie konserwatywnej indoktrynacji dzieci i młodzieży. Kult tzw. żołnierzy wyklętych, czyli nacjonalistycznych i faszystowskich bojówek, wybielanie ich zbrodni oraz kult kryjącego pedofilię w kościele katolickim Jana Pawła II zostały wprowadzone do szkół już za rządów Platformy Obywatelskiej. Ten kurs na prawo zapoczątkowany przez PO jest kontynuowany przez PiS, a jego przejawem są m.in. zmiany w podstawie programowej, czy wprowadzenie nowego przedmiotu „historia i teraźniejszość”, gdzie będzie jeszcze więcej konserwatyzmu i antykomunizmu, jeszcze więcej kultywowania zbrodni antykomunistycznego podziemia, jeszcze więcej papieża polaka, jeszcze więcej nienawiści skierowanej do ruchów feministycznych i kobiet, czy do osób o innej orientacji seksualnej niż heteroseksualna. Żeby uświadomić sobie to jak szaleni ludzie odpowiadają za oświatę w Polsce, wystarczy sobie przypomnieć skandaliczną wypowiedź ministra Czarnka z 2020 r. „Brońmy rodziny przed tego rodzaju zepsuciem, deprawacją, absolutnie niemoralnym postępowaniem, brońmy nas przed ideologią LGBT i skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka czy jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym i skończmy z tą dyskusją”. Wielu nauczycieli m.in. z tych powodów coraz częściej opuszcza swój zawód.

Nieudolne działania władz ZNP

4 lipca 2022 r. odbyła się konferencja Związku Nauczycielstwa Polskiego, podczas której „wieczny prezes” związku Sławomir Broniarz „groził” rządowi, a groził nie strajkiem, lecz wszczęciem po wakacjach procedury sporu zbiorowego. Ultimatum, które władze ZNP stawiają rządowi to nie żądanie podwyżek, a żądanie podjęcia rozmów o podwyżkach wynagrodzeń. Wspominane postępowanie zarządu ZNP jest książkowym przykład tego jak nie powinny działać związki zawodowe. Kaczyński, Morawiecki i Czarnek z powodu takich „gróźb” na pewno nie będą mogli nocą zmrużyć oka w obawie przed rozwścieczonymi nauczycielami. Aby można było mówić o sprawnych i zdecydowanych działaniach ZNP, spór zbiorowy powinien być wszczęty jak najszybciej tak, aby zdążyć ze strajkiem najpóźniej na 1 września. Jest to możliwe do wykonania, nawet przy tak niespotykanym w skali Europy ograniczeniu prawa do strajku jakie ma miejsce w Polsce. Ale tu nie trzeba błagać o spotkanie, bo z tym antypracowniczym rządem nie da się prowadzić dialogu, tylko należy rozpocząć przygotowania do strajku. Zachowawczości ZG ZNP w żadnym wypadku nie można tłumaczyć porażką strajku z 2019 r., bo porażka tamtej akcji wynika wprost z zachowawczości, braku determinacji i odwagi władz związku. Ta zachowawczość i bojaźliwość ZG ZNP jest w pełni wykorzystywana przez rząd, o czym świadczy chociażby brak jakichkolwiek rozmów rządu z przedstawicielami ZNP od grudnia zeszłego roku. Winni tej nieudolnej polityki związku powinni podać się do dymisji.

Związek zawodowy to nie prywatny interes zarządu

Związek zawodowy jest dla nas, a nie my dla władz związku. My szeregowi członkowie i szeregowe członkinie ZNP musimy co rusz o tym przypominać. Nasz gniew musi odczuć nie tylko Kaczyński i jego kukiełki, lecz także osoby odpowiedzialne za fatalną politykę naszego związku. Dlatego powinniśmy domagać się dymisji całego zarządu ZNP oraz natychmiastowego przystąpienia do działań zmierzających do wszczęcia procedury sporu zbiorowego. Ponadto obligatoryjne etapy sporu zbiorowego, czyli rokowania i mediacje powinny podlegać oddolnej kontroli członków i członkiń ZNP. Kontrola ma służyć przede wszystkim temu, aby przedstawiciele ZNP (ci powinni pochodzić z demokratycznego mandatu) wbrew naszym interesom nie wydłużali negocjacji w nieskończoność. Musimy także zdawać sobie sprawę z tego, że nasz ewentualny strajk, aby był zwycięskim wymaga od nas wszystkich, bez względu na przynależność związkową, determinacji i jedności. Tylko wtedy prawicowa i konserwatywna władza nie będzie w stanie złamać naszego oporu.

About admin

Scroll To Top