Home / Ideologia / Historia / 50. rocznica robotniczego powstania Grudnia 70′
50. rocznica robotniczego powstania Grudnia 70′
Gdynia, 17.12.1970. Wydarzenia grudniowe na Wybrzezu - robotnicy Stoczni Gdynskiej niosa na drzwiach cialo Zbigniewa Godlewskiego Fot. Edmund Peplinski

50. rocznica robotniczego powstania Grudnia 70′

Paul Newbery

 

W tym miesiącu mija 50. rocznica protestów robotniczych z grudnia 1970 r. przeciwko stalinowskiemu reżimowi w Polsce i krwawej masakry znanej jako „Czarny Czwartek”. Wywołane podwyżkami cen żywności i paliw strajki i masowe protesty szybko przerodziły się w potężną rewoltę robotniczą, rozprzestrzeniającą się wzdłuż miast nadbałtyckich: Gdańska, Gdyni, Szczecina i Elbląga i zyskującą poparcie zarówno wśród górników, jak i robotników we Wrocławiu, Warszawie i innych miastach.

 

Wydarzenia grudniowe są zadziwiającym przykładem szybkości i potencjału, jakie istniały dla rewolucji politycznej w państwach stalinowskich. To, co początkowo zaczęło się od protestów wokół postulatów gospodarczych, w ciągu kilku dni przerodziło się w powstanie robotnicze mające na celu podważenie władzy stalinowskiej biurokracji. Należy jednak podkreślić, że jednocześnie nie pojawił się żaden postulat wzywający do restauracji kapitalizmu.

 

Niemniej jednak, w panice, obawiając się wybuchu powstania klasy robotniczej z możliwością obalenia rządzącej biurokracji, reżim wysłał czołgi i utopił rewoltę we krwi. W czasie zrywu podpalono 19 budynków rządowych, w tym budynki partii rządzącej w Gdańsku i Szczecinie. W wyniku walk ulicznych zniszczonych zostało 10 czołgów, 18 pojazdów pancernych, 7 samochodów wojskowych i 51 samochodów milicji (policyjnych). Protestujący byli ostrzeliwani przez żołnierzy z karabinów maszynowych, ostrzeliwani z helikopterów i przejeżdżani przez czołgi. Według oficjalnych danych zginęło 45 osób, a 1.165 zostało rannych. Jednak bilans rzeczywistej skali tragedii wyniósł od stu do kilkuset ofiar śmiertelnych.

 

Kształtowanie się reżimów stalinowskich w Europie Wschodniej

 

Reżimy stalinowskie w Europie Środkowej i Wschodniej ukształtowały się po II wojnie światowej, kiedy to Armia Czerwona wkroczyła w pustkę powstałą w wyniku odwrotu nazistów z okupowanych terenów. Początkowo tworząc popularne rządy typu frontowego z „cieniem burżuazji” – z liberalnymi, „radykalnymi”, socjalistycznymi i chłopskimi partiami – partie komunistyczne zarezerwowały dla siebie kontrolę nad represyjnymi organami państwa w celu stłumienia wszelkich niezależnych ruchów robotniczych. Wkrótce jednak logika sytuacji zmusiła je do likwidacji własności ziemskiej i kapitalizmu oraz ustanowienia w regionie reżimów na wzór stalinowskiej Rosji. Od samego początku były to groteskowe wypaczenia socjalizmu – zamiast rządu robotniczego opartego na demokratycznych radach robotniczych lub sowietach, stalinowska biurokracja rządziła żelazną pięścią, jak przystało na dyktaturę.

 

Niemniej jednak w oparciu o planowaną, znacjonalizowaną gospodarkę i przy entuzjastycznym poświęceniu robotników, którzy pragnęli odbudować swoje kraje po zniszczeniach II wojny światowej, reżimy te początkowo cieszyły się szybkim wzrostem gospodarczym. Był to okres intensywnego wzrostu – zwiększenia nakładów (pracy i surowców) w celu zwiększenia produkcji. Chłopi byli rekrutowani do szeregów klasy robotniczej i budowano nowe fabryki i mieszkania, takie jak Nowa Huta – wzorcowe miasto klasy robotniczej i olbrzymia huta stali zbudowana od zera na obrzeżach Krakowa.

 

Jednak po pewnym czasie, gdy priorytetem stał się intensywny wzrost gospodarczy (zwiększenie wydajności), zaczęły pojawiać się problemy. Trocki wyjaśnił, jak walka o zwiększenie wydajności w gospodarce planowej wymaga demokracji producentów, czyli klasy robotniczej, którzy są w stanie kontrolować i wypróbowywać plan na każdym poziomie. W miarę jak gospodarka staje się coraz bardziej złożona, kwestia jakości i demokracji pracowniczej staje się krytyczna. Natomiast chroniczne błędy w zarządaniu, marnotrawstwo i korupcja wynikające z biurokratycznych rządów działają jako hamulec wzrostu gospodarczego i są nie do pogodzenia z dalszym rozwojem.

 

Rosnące problemy polityczne i gospodarcze

 

W latach 50. XX wieku biurokracja zmagała się właśnie z problemem podnoszenia wydajności i próbowała wprowadzać reformy gospodarcze. Równocześnie zaczęły narastać niepokoje społeczne, których najważniejszym przejawem było powstanie robotnicze na Węgrzech w październiku 1956 r. Zryw ten niemal obalił stalinowski reżim.

 

Wcześniej, również w 1956 r., polskie protesty robotnicze w Poznaniu zostały brutalnie stłumione, w wyniku czego zginęło kilkadziesiąt osób. Po Poznaniu polska biurokracja zdecydowała się na zmianę strategii. Zapowiedziano podwyżki płac i zmieniono kierownictwo Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Pierwszym sekretarzem partii został w październiku Gomułka, weteran komunistyczny, który dopiero w kwietniu tego samego roku został zwolniony z więzienia.

 

Następująca po tym liberalizacja, znana jako odwilż Gomułkowska, oferowała więcej autonomii i zachęt dla biurokratów niższego szczebla i technokratów. Robiąc ustępstwo dla chłopów, Gomułka rozwiązał większość uspołecznionych gospodarstw, podzielił ziemię i przekazał ją z powrotem na własność prywatną. W rezultacie polskie rolnictwo pozostało zacofane i niewydajne.

 

Pomimo, a także z powodu reform Gomułki, w latach 60. zaczęły się kumulować problemy gospodarcze. Aby importować środki kapitałowe potrzebne do modernizacji gospodarki, Polska potrzebowała wymiany zagranicznej. Oznaczało to zwiększenie eksportu żywności, która była najważniejszym towarem eksportowym Polski. Jednak ze względu na rozdrobnienie ziemi w 1956 r. w Gomułce wydajność rolnictwa była niska i chronicznie nieefektywna. Jakby presja na eksport żywności połączona z zacofaniem polskiego rolnictwa była niewystarczająca, w latach 1969-70 miała miejsce susza, po której nastąpiła sroga zima, a następnie wiosenna powódź, co doprowadziło do dramatycznego spadku produkcji rolnej.

 

Żywność przeznaczona na eksport została przekierowana do użytku krajowego, co zwiększyło deficyt walutowy kraju, ale nie rozwiązało problemu niedoboru żywności. W efekcie wybuchł strajk górniczy w Katowicach w sierpniu 1970 roku, a kobiety wszczynały zamieszki w supermarketach. Konflikt został szybko rozwiązany, gdy „cudem” znaleziono w Warszawie dodatkowe partie mięsa i wysłano je do Katowic, aby uspokoić sytuację. Jednak kilka tygodni później doszło do strajków w Warszawie.

 

Wzrosty cen w grudniu 1970 r.

 

Rząd znalazł się w między młotem a kowadłem – jedna trzecia budżetu państwa przeznaczana była na dotacje żywnościowe, wzrastał deficyt walutowy i rozpaczliwie potrzebowano importu dóbr inwestycyjnych w celu rozwoju gospodarki. Więc w końcu w grudniu, tuż przed Bożym Narodzeniem, rząd ogłosił, że podnosi ceny paliw i żywności. Ale zrobił to cynicznie, eufemistycznie nazywając to działanie „regulacją cen”, z pierwszymi stronami gazet poświęconymi informacjom o spadkach cen niektórych towarów w wyniku tej „regulacji”. Wśród nich znalazł się telewizor „Lazuryt”, który nie był produkowany od dwóch lat! Wiadomości o podwyżkach cen żywności i paliw można było znaleźć dopiero na drugiej stronie gazet.

 

Ceny ryb wzrosły o 12%, mięsa i produktów mięsnych o 18%, mąki o 16%, mleka o 8%, jęczmienia, który był podstawą wyżywienia, o 31%, dżemu i marmolady 37%, a kawy 92%. Wzrosły również ceny paliw, w tym węgla o 10-14%.

 

Jeszcze przed podniesieniem cen w 1970 roku polscy robotnicy wydawali ponad połowę swoich zarobków na żywność, więc kiedy tuż przed Bożym Narodzeniem ogłoszono podwyżki cen wraz ze wzrostem cen paliw na początku zimy, robotnicy byli oburzeni. Jaki pożytek z obniżki cen telewizora, którego nie można było znaleźć w żadnym sklepie ani innych produktów przemysłowych, na które i tak nikogo nie stać, kiedy ceny żywności i paliwa poszybowały? Przede wszystkim najbiedniejsi, młodzi robotnicy zostali najbardziej dotknięci przez podwyżki i to oni w desperacji jako pierwsi wyszli na ulicę.

 

Zażądali oni wycofania podwyżki cen lub zwrotu jej kosztów dla gospodarstw domowych. Pojawiły się nawet żądania „spłaszczenia” płac – równości wynagrodzeń pracowników umysłowych i pracowników fizycznych. Przede wszystkim oznaczało to w praktyce koniec rozdętych przywilejów biurokracji.

 

Gniew robotników rozlewa się na ulice

 

Jak to często bywa, gdy na ulicy panuje zamieszanie, trudno jest uzyskać pełny obraz tego, co dokładnie wydarzyło się w kolejnych dniach. Sprzeczności występują nie tylko w relacjach z drugiej czy trzeciej ręki, ale także w relacjach samych naocznych świadków. Stało się tak również z powodu terroru, który nastał po tym wydarzeniu, propagandy reżimu i upływu 50 lat. Możliwe jest jednak poskładanie fragmentarycznych relacji i przedstawienie przybliżonego szkicu przebiegu wydarzeń.

 

14 grudnia na porannej zmianie w Stoczni im. Lenina w Gdańsku doszło do strajku w odpowiedzi na podwyżki cen. Najpierw trzy tysiące robotników przemaszerowało do biur dyrekcji zakładu. Domagali się wycofania podwyżek cen, uregulowania systemu wynagrodzeń i premii oraz odsunięcia rządzącej grupy od władzy.

 

Ponieważ ich żądania nie spotkały się z odpowiedzią, pomaszerowali w kierunku centrum miasta. Po południu przemaszerowali do siedziby Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), śpiewając „Międzynarodówkę”. Po drodze dołączyło do nich więcej robotników i młodzieży, liczba protestujących urosła do ponad dziesięciu tysięcy. Tłum był wściekły, ale spokojny. Na tym etapie demonstranci byli bez liderów i nadal nie zorganizowani. Później przeszli pod Politechnikę, aby przekonać studentów do przyłączenia się do nich, a następnie doszli do Polskiego Radia, aby spróbować nadać ich żądania. Po kilku godzinach marszu zostali zaatakowani przez milicję gazem łzawiącym. Bronili się, rzucając kamieniami i stalowymi śrubami. Zorganizowano także wiec plenerowy, do którego dołączyły setki studentów. Tego wieczoru władze odcięły wszelką łączność telekomunikacyjną między Gdańskiem a resztą kraju.

 

Następnego dnia, 15 grudnia, rozruchy zaostrzyły się. Robotnicy mieli teraz komitet strajkowy, który ogłosił strajk generalny. Mimo odcięcia od reszty kraju, strajk rozprzestrzenił się nie tylko na inne miejsca pracy w Gdańsku, ale także na inne miejscowości nadbałtyckie – na Gdynię, Elbląg i Szczecin, gdzie robotnicy powoływali także komitety strajkowe. Stoczniowcy z Gdańska po raz kolejny wyszli na ulice. Wtedy też odnotowano pierwsze ofiary śmiertelne – żołnierze strzelali z ostrej amunicji do demonstrantów, co oficjalnie doprowadziło do 5 ofiar śmiertelnych. Wybuchły zamieszki, rozbijano i plądrowano wystawy sklepowe (według niektórych świadków była to robota prowokatorów policyjnych rozmieszczonych w tłumie), a siedziba partii została podpalona. W odpowiedzi reżim ogłosił stan wojenny dla regionu i wprowadził godzinę policyjną. Tymczasem w Elblągu doszło do starć, a strajk rozszerzył się na kolejne nadbałtyckie miasto – Słupsk. W okresie 14-19 grudnia protesty, choć mniejsze, rozprzestrzeniły się również w głębi kraju – na Warszawę, Wrocław, Białystok, Kraków, Wałbrzych i Nysę, gdzie strajkujących było łącznie 20 tys. robotników.

 

16 grudnia robotnicy w Gdańsku ogłosili strajk okupacyjny. Kiedy jednak próbowali przejść przez bramę główną stoczni, spotkali się z ostrzałem żołnierzy, którzy utworzyli blokadę. Według oficjalnych doniesień, zginęły 2 osoby, a 11 zostało rannych.

 

Tymczasem w sąsiedniej Gdyni sytuacja była stosunkowo spokojna. Komitet strajkowy negocjował z przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, który jako jedyny przedstawiciel władz wysłuchał robotników i uznał protest za legalny. Przedstawiono mu listę żądań, którą obiecał dostarczyć wicepremierowi Stanisławowi Kociołkowi pod warunkiem, że protestujący rozejdą się i wrócą do domów.

 

Żądania pracowników obejmowały korektę wynagrodzeń pracowników do ostatniego wzrostu cen, podwyższenie płacy minimalnej (dotyczące zwłaszcza najmniej zarabiających kobiet), zmniejszenie różnic w wynagrodzeniach pracowników fizycznych i umysłowych (w tym żądanie, aby dyrektor przedsiębiorstwa nie zarabiał więcej niż 1000 zł od pracownika z wyższym wykształceniem). Tej nocy jednak członkowie gdyńskiego komitetu strajkowego zostali aresztowani. Również tego wieczoru wicepremier Stanisław Kociołek zaapelował w radiu i telewizji do gdynian o powrót do pracy, twierdząc, że protesty w Gdańsku ustały.

 

Czarny czwartek

 

Rankiem 17 grudnia, znanym jako „czarny czwartek”, gdyńscy robotnicy wrócili do pracy po apelu wicepremiera. Jednak największe miejsce pracy w Gdyni – Stocznia Komuny Paryskiej – zostało zablokowane przez wojsko, które czekało w zasadzce. Nieuzbrojeni robotnicy zostali z zimną krwią ostrzelani maszynowo, gdy wysiadali z pociągu i zgłaszali się do pracy. Według oficjalnych raportów zginęło 10 osób, a setki zostało rannych. Ciało jednego z zabitych robotników, 18-letniego Zbyszka Godlewskiego, uwiecznionego w pieśni protestacyjnej jako Janek Wiśniewski, zostało przeniesione na drzwiach na czele pochodu przez miasto i stało się przejmującym symbolem masakry.

 

Wybuchły walki uliczne, a wojsko i milicja zabijały ludzi z zimną krwią na ulicach. Jedna z ofiar, 15-letni chłopiec, został postrzelony w tył głowy, gdy uciekał z miejsca walk, próbując schronić się na szkolnym podwórku.

 

Walki uliczne i ogólnomiejski strajk generalny wybuchły tego samego dnia również w Szczecinie. Budynek partyjny został podpalony, a milicja i wojsko zaatakowało protestujących, zginęło 16 osób, a 100 zostało rannych – według oficjalnych danych. Powołano ogólnomiejski komitet strajkowy – zalążek rady robotniczej lub sowietu – który połączył 120 miejsc pracy. Według relacji był to moment, kiedy robotnicy i żołnierze zaczęli się bratać, a na pojazdach wojskowych pojawiły się krytyczne wobec władz hasła.

 

Od 17 do 22 grudnia Szczecin był pod kontrolą robotników. Prasa zachodnia, a nawet niektórzy członkowie politbiura partii rządzącej określali tę sytuację mianem „Republiki Szczecińskiej”! W odpowiedzi władze całkowicie odcięły miasto od świata zewnętrznego i wprowadziły godzinę policyjną. Mimo brutalnych represji, udało im się zakończyć strajk dopiero 22 grudnia, po podpisaniu porozumienia z komitetem strajkowym. Jednak w Szczecinie wrzało jeszcze przez wiele tygodni.

 

Represje i ustępstwa

 

Grudniowe wydarzenia pokazują przerażenie, w jakie wpadła biurokracja i jak daleko potrafiła się ona posunąć, żeby utrzymać się u władzy. W dniach 14-19 grudnia 1970 r. w celu stłumienia protestów w nadbrzeżnych miastach, oprócz 9000 funkcjonariuszy milicji, władze rozmieściły 61000 żołnierzy, 1700 czołgów, 8700 pojazdów pancernych oraz 108 samolotów i helikopterów. Oficjalnie zginęło 45 osób, a 1.165 zostało rannych, choć szacunki te są oczywiście celowo zaniżone i nie odzwierciedlają prawdziwej skali masakry. Ponadto władza dokonała 3,000 aresztowań i niezliczoną ilość pobić.

 

Bezduszność reżimu rozciągnęła się nawet na rodziny zabitych, które zmuszone były grzebać zmarłych w środku nocy, w obecności tylko najbliższych krewnych. Wiele rodzin zostało zmuszonych do przeniesienia się do innych części kraju.

 

Jednak represje same w sobie nie wystarczyły do stłumienia rewolty – biurokracja również musiała uciec się do ustępstw. Już 20 grudnia I sekretarz Władysław Gomułka został zmuszony do dymisji, oficjalnie z powodów zdrowotnych, a na jego miejsce został powołany były górnik Edward Gierek. Choć był on kilka lat członkiem Biura Politycznego, oficjalna propaganda natychmiast zaczęła przedstawiać go jako zupełnie nowe oblicze. Gierek miał inny styl niż Gomułka i mówił o błędach, które popełniło kierownictwo, zamiast tylko demonizować robotników.

 

W ciągu kilku dni podniesiono płacę minimalną. Podwyżki cen nie zostały jednak od razu wycofane, a gniew nadal kipiał pod powierzchnią przez kilka tygodni po zdławieniu rewolty. W dniu 22 stycznia 1971 r. w stoczni szczecińskiej ponownie wybuchł strajk. Tym razem, zamiast represji, reżim szukał kompromisu. W bezprecedensowym posunięciu Gierek osobiście spotkał się ze strajkującymi. Podwyżki cen zostały jednak ostatecznie wycofane dopiero 1 marca 1971 roku pod groźbą kolejnych strajków.

 

Spuścizna grudnia 1970

 

Zmiana w przywództwie oznaczała również zmianę kierunku polityki gospodarczej. Reżim pożyczał dużo od Zachodu, ale zamiast zwiększać produktywność i modernizować gospodarkę, kredyty były w większości przeznaczane na finansowanie zwiększonej konsumpcji, aby kupić pokój społeczny. Jednak po kilku latach gospodarka znów zaczęła wpadać w zastój, dając zalążek nowej fali bardziej radykalnych protestów w przyszłości.

 

Powstanie na wybrzeżu zakończyło się wprawdzie gorzką klęską robotników, ale ostatecznie stworzyło podstawy do wzmocnienia niezależnej organizacji klasy robotniczej. Postulat wolnych związków zawodowych, który po raz pierwszy wyartykułowano w grudniu 1970 roku, zakorzenił się w świadomości robotników i znalazł praktyczny wyraz w rozwoju niezależnych związków zawodowych klasy robotniczej w latach 70.

 

Kiedy w sierpniu 1980 roku w Gdańsku wybuchły strajki, ruch był już na wyższym poziomie organizacyjnym niż w 1970 roku i był w stanie rzucić reżim na kolana bez rozlewu krwi. Niestety, w ciągu dziesięciu lat od powstania grudniowego nie udało się wypracować rewolucyjnego przywództwa. Większość robotników w 1980 roku wciąż instynktownie tęskniła za socjalizmem o ludzkiej twarzy, co znalazło odzwierciedlenie w słynnych 21 postulatach strajkujących. Jednak, zamiast dążyć do przejęcia władzy przez międzyzakładowe komitety strajkowe, celem „doradców” ruchu – prawników, intelektualistów i opozycjonistów – było zmuszenie reżimu do ustępstw. Ta strategia kompromisu doprowadziła do klęski ruchu w 1981 roku, wraz z wprowadzeniem stanu wojennego, a z powodu narastających złudzeń wobec kapitalistycznego Zachodu, ostatecznie doprowadziła go do ślepej uliczki restaurowania kapitalizmu od 1989 roku.

About admin

Scroll To Top