Home / Komentarze i analizy / Wybory parlamentarne 2019 – impas dla burżuazji, brak alternatywy dla ludzi pracy
Wybory parlamentarne 2019 – impas dla burżuazji, brak alternatywy dla ludzi pracy

Wybory parlamentarne 2019 – impas dla burżuazji, brak alternatywy dla ludzi pracy

Piotr Tronina

Na kilka dni przed wyborami zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości wydaje się niezagrożone. Na korzyść partii rządzącej przemawia zarówno utrzymująca się wciąż niezła koniunktura gospodarcza, jak i kompletna nijakość i słabość programowa głównej siły opozycyjnej w postaci PO/KO. Dla sporej grupy wyborców PiS zyskało wiarygodność dzięki transferom socjalnym, które wprowadził obecny rząd. Pierwszy raz w historii II RP zwycięzca wyborów realizuje przynajmniej część swoich obietnic socjalnych z kampanii wyborczej (500 plus, podniesienie płacy minimalnej, obniżenie wieku emerytalnego). Trudno się więc dziwić, że dla większości wyborców jest to ważniejsze niż coraz to nowe afery w wykonaniu obozu władzy, czy niekompetencja PiS-owskich elit, nie mówiąc już o łamaniu konstytucyjnych ram sprawowania władzy, które jest dla większości kwestia dość abstrakcyjną. Biorąc pod uwagę, że zarówno jeśli chodzi o afery, jak i przestrzeganie konstytucji poprzedni rząd PO-PSL nie był bynajmniej święty, wiarygodność „demokratycznej opozycji” nie jest w oczach wyborców zbyt wysoka (nawet ich wyborcy są raczej przeciw PiS niż za PO). A kiedy liderzy PO mówią że nie chcą likwidować 500 plus itp. to wydaje się to równie szczere jak uśmiech Grzegorza Schetyny na bilbordach wyborczych. Swoje dokładają też coraz to nowe klasistowskie wynurzenia przedstawicieli liberalnych elit, Krystyna Janda, Jan Hartman, czy nawet ostatnio Jerzy Stuhr nie mogą powstrzymać się od swoich domorosłych analiz, które sprowadzają się do opowieści o sprzedaniu demokracji za 500 zł.

Na zapleczu walki dwóch głównych obozów, toczy się walka o wejście do sejmu. Tu pewna przekroczenia progu wyborczego może być tylko „Lewica”, która regularnie przekracza w sondażach 10 % poparcia. To ona będzie nas w tym tekście głównie interesować ale o tym niżej. Dalej Plasuje się PSL z Kukizem, którego antysystemowość jak widać zaprowadziła do partii powszechnie kojarzonej z polityczną prostytucją, której główną ideą jest obsadzenie swoimi ludźmi w odpowiedniej ilości spółek skarbu państwa. PSL może okazać się języczkiem u wagi po wyborach, gdyby jednak wynik PiS nie był na tyle dobry by rządzić samodzielnie, zgłoszenie się do koalicji przez dotychczasowych „demokratów” (podczas wyborów europejskich byli jeszcze częścią Koalicji Obywatelskiej) nie jest wykluczone. Nie byłoby to raczej dla nikogo szczególnie zaskakujące. Stawkę zamyka Konfederacja, która jest zbieraniną faszystów spod znaku ONR, libertariańskich szaleńców od Korwina Mikke i wszelkiej maści prawicowych Szurów jak Grzegorz „Czy Yoda był żydem” Braun, a nawet antyszczepionkowców. Niewątpliwie wejście tej bandy do sejmu, było by niekorzystne, bo legitymizowało by jeszcze bardziej skrajna prawice w Polsce. Na szczęście najprawdopodobniej skończy jak każdy projekt, w którym uczestniczy Korwin Mikke, pod progiem wyborczym, na co wskazują ostatnie sondaże. I oby się tak stało.

Czas najwyższy przejść do „lewicowej koalicji”, a raczej „Lewica – KW Sojusz Lewicy Demokratycznej”, bo ona nas tu głównie interesuje. I w wielu wzbudza nadzieje na odnowę lewicy w Polsce.

Przypomnijmy – kiedy Grzegorz Schetyna postanowił powiedzieć Włodzimierzowi Czarzastemu bye bye wyrzucając SLD z KO stał się przez przypadek ojcem „lewicowej koalicji”. Wzgardzony przez liberałów Czarzasty wpadł na nowy – stary pomysł zjednoczenia lewicy. Ta „koalicja strachu” partii, które były na granicy progu 5 % zapewniającego wejście do parlamentu, albo nawet daleko pod progiem jak w przypadku Razem, od razu znalazła poklask wśród „lewicowych komentatorów”, niektórych ponoć „radykalnych”. Jeszcze nie zawarto żadnych oficjalnych porozumień, a już niektórzy dzielili przyszłe miejsca w parlamencie między poszczególne ugrupowanie. Koalicja SLD-Wiosna-Razem miała się stać zbawieniem lewicy i jednocześnie szansą na „pokonanie PiSu”. Czy rzeczywiście tak będzie?

SLD, Wiosna

Zacznijmy od tego że za lewicową w pełni znaczenia tego słowa można uznać jedynie partię Razem. Zarówno SLD jak i Wiosna są partiami w gruncie rzeczy liberalnymi. SLD to partia władzy, która straciła władzę. Jej liderzy już za czasów swoich ostatnich rządów pokazali, że w sprawach społeczno-ekonomicznych nie różnią się niczym od liberałów z dawnej Unii Wolności i obecnie PO. I od tamtych czasów niewiele się zmieniło, niezależnie od tego co mają zapisane w programie i hasłach wyborczych. Przypomnijmy że do wyborów w 2001 roku SLD szedł z mocno lewicowym programem, dzięki czemu uzyskał jeden z najlepszych wyników w historii III RP, stracił jednak całkowicie wiarygodność typowo neoliberalnymi rządami. Dla większości Polaków to partia kacyków i krętaczy, którzy marzą tylko o dorwaniu się do władzy. Zresztą tym właśnie są.

Wiosna z kolei to partia typowo liberalna, która pokolorowała się jedynie kilkoma bardziej socjalnymi hasłami, wyczuwając że w bardziej progresywne nastawionym segmencie klasy średniej twardy liberalizmem ekonomiczny przestaje być przekonujący. Jej skład osobowy, poza kilkoma wyjątkami „skradzionymi” przeważnie z Razem, to często różnego rodzaju „cwaniaczki” myślący o załapaniu się do polityki. Przypomina ona w dużym stopniu Ruch Palikota. Także i tu spoiwem ideowym jest antyklerykalizm (który oczywiście należy pochwalić, nie jest to jednak cecha wystarczająca by nazwać kogoś lewicowcem), a w jeszcze większym stopniu osoba lidera twórcy i niepodzielnego władcy partii, w przypadku Wiosny – Roberta Biedronia.

Czy w Wiośnie i SLD nie ma ideowych ludzi lewicy? Zapewne i tacy tam się znajda, nie decydują jednak oni w żadnym stopniu o obliczu ideowym tych partii. Nie mają szans z „aparatem” w SLD, ani z „królewską” władzą Biedronia. Tkwią oni w tych partiach uzasadniając to bredniami o „skuteczności” i „realnej polityce”. Godzą się więc na różne zakręty i zdrady swoich kierownic, w imię coraz to nowych kompromisów, które maja doprowadzić do sukcesu ich partii, choć przecież z sukcesów tych nie wynikło i nie może wyniknąć nigdy żadne prospołeczne rozwiązanie. Raczej ciągle musieli i muszą się wstydzić za nowe pomysły Milerów, Kwaśniewskich, Biedroniów, albo Palikotów.

Razem

Razem jako jedyna w tym towarzystwie może zostać uznana za lewicową. Choć jest to partia umiarkowanie socjaldemokratyczna, w Polsce przez wielu uważana jest wręcz za skrajną. Przy zachowaniu daleko posuniętego krytycyzmu, mimo wszystko Razem mogła być szansą na odbudowę ideowej lewicy w Polsce. Zebrała część działaczy, którym w przeciwieństwie do starych wyg i karierowiczów z SLD i tym podobnych tworów (SDPL, UP), chodziło o lewicowe postulaty – nie sejmowe stołki. Przyciągnęła też wielu nowych ludzi, którzy mieli szansę po raz pierwszy działać w partii politycznej, czy w ogóle jakiejkolwiek organizacji politycznej. Z początku wydawało się też że może być miejscem także dla bardziej radykalnie nastawionych działaczy, którzy w swych poglądach wychodzą daleko poza oficjalny socjaldemokratyczny program partii. Niestety byli oni marginalizowani i z biegiem czasu odchodzili.

Niemniej początkowy – choć bardzo umiarkowany – sukces w wyborach w 2015 roku, czyli przekroczenie 3 procentowego progu dającego dotacje budżetowe, dało nadzieje na rozwój nowej formacji. Jako Alternatywa Socjalistyczna mieliśmy nadzieje na współprace, szczególnie z lewym skrzydłem partii, przy różnych konkretnych wydarzeniach i sprawach, i częściowo udawało się to realizować.

Niestety szansa jaka dawały pieniądze z dotacji i jako taka rozpoznawalność nie została przez Razem wykorzystana. Wydaje się że największym problemem Razem był elektorat, który udało się jej zdobyć. Wystarczy wspomnieć że najmniejsze poparcie Razem miała wśród robotników, a trzon elektoratu w wyborach w 2015 stanowili wyborcy, dla których drugim wyborem była „Nowoczesna” Ryszarda Petru. Praktyczny brak rozpoznawalności wśród tradycyjnej bazy społecznej lewicy, sam w sobie jest sytuacją co najmniej niepokojącą dla lewicowej partii, z kolei nastawienie na utrzymanie elektoratu z klasy średniej musiało powodować wrażliwość na każdy atak ze strony liberałów np. Gazety Wyborczej, mówiącej o „straconych głosach”, albo tradycyjnie wyznaczającej lewicy ze swych łam co ta może a czego nie.

Problemem, który jest nieodłącznie związany z orientacją socjaldemokratyczną, jest nastawienie partii prawie wyłącznie na wybory i co za tym idzie myślenie w kategoriach elektoratów, które należy do siebie przyciągnąć. O myśleniu klasowym nie ma oczywiście mowy. Zamiast starać się tworzyć ruch, docierać ze swoim przekazem do robotników, biednych, młodzieży, wspierać ruch związkowy, socjaldemokraci liczą że pokazując swój „słuszny program” w mediach znajdą zwolenników, którzy wynagrodzą ich starania przy najbliższych wyborach. Zaniedbuje się więc szkolenie kadr, które pozostają przez większość czasu bierne, a ich poziom polityczny pozostawia wiele do życzenia. Aby zakorzenić się w ruchach społecznych potrzeba czasu i aktywności działaczy, którzy nie odejdą przy pierwszych niepowodzeniach i braku natychmiastowych sukcesów wyborczych.

Tymczasem ostatnie lata, w których mieliśmy do czynienia z dość silną duopolizacją polskiej polityki, tym bardziej nie sprzyjały mniejszym i nowym formacjom. Słabe wyniki wyborcze przełożyły się więc szybko na zniechęcenie i marazm. Jeśli dodamy do tego niedostatki wewnątrzpartyjnej demokracji, które są faktem mimo sloganów o tym że „inna polityka jest możliwa”, składa się to na postępujący kryzys partii, która nie za bardzo ma pomysł jak z niego wyjść.

Z „lewicowej koalicji” – lewicy nie będzie

W tej sytuacji trudno się dziwić kierownictwu Razem o przystąpieniu do „lewicowej koalicji”. Dla Zandberga, Zawiszy czy Koniecznego to swoista ucieczka do przodu i ratowanie tego co się da (w tym własnych karier), choćby za cenę odejścia działaczy, którzy pamiętają jeszcze hasła o celi dla Leszka Milera. Można uznać nawet że nagła i niespodziewana (ostatecznie ruch Schetyny wyrzucający SLD z KO nie był wcale oczywisty) szansa dostania się do sejmu dodała nawet Razem trochę energii. Oczywiście stare wygi SLD pokazały szybko że w gierkach i politycznych podchodach są dużo lepsi niż „młodzież” z Razem. Koalicja dość szybko zamieniła się w start z list SLD, a nazwa komitetu z Lewicy na KW SLD. Tu dodajmy że razem przynajmniej stawiło jakiś opór, Wiosna, która od wyborów europejskich jest w ciągłym kryzysie i leci tylko w dół, zgodziła się na wszystko bez szemrania.

Ostatecznie rezultatem powstania koalicji jest ponowne kojarzenie słowa lewica z SLD i produktami SLD-opodobnymi. Dla Razem może to oznaczać powolne rozpływanie się w ewentualnej nowej formacji, choć ta oczywiście nie jest pewna. Zandberg zapowiedział nawet ostatnio powołanie koła Razem w nowym sejmie. Czas pokaże co się stanie. Niewątpliwie najgorszym scenariuszem było by wejście „Lewicy” do rządu z PO, gdyby pojawiła się możliwość „zatrzymania PiS-u”. Gotowość SLD do takiego scenariusza nie ulega wątpliwości, co i rusz można usłyszeć z ust Włodzimierza Czarzastego zapewnienia o gotowości do „współrządzenia”. Jak zachowała by się w takiej sytuacji partia Razem nie jest pewnie, ale i ten rubikon w imię powstrzymania PiS, jedności lewicy, czy czegokolwiek innego, może zostać przekroczony. O tym, że rząd taki byłby neoliberalnym ściekiem, a dla pojęcia „lewicy” była by to absolutna kompromitacja, nie trzeba nawet wspominać. Najprawdopodobniej scenariusz ten jednak nie będzie miał miejsca, o co najlepiej dbają liberałowie w swej nijakiej kampanii wyborczej. Dla Razem, tak czy inaczej pozostawanie w „koalicji” będzie oznaczało dalsze godzenie się na „normalną politykę”, i co za tym idzie nieunikniony nacisk na skręcanie w prawo.

Co robić?

Co w takiej sytuacji powinien zrobić lewicowy wyborca, a tym bardziej ktoś o poglądach wykraczających poza socjaldemokratyczne minimum. Przecież niewątpliwie na listach KW SLD znajdują się także działaczki i działacze społeczni, na których warto oddać głos. Nie da się jednak ukryć żen nie oni są na najlepszych miejscach i nie oni najprawdopodobniej dostaną się do sejmu. O przyznawaniu miejsc nie decydowały przecież zasługi czy kompetencje, tylko kalkulacje polityczne, można więc było np. dostać jedynkę we Wrocławiu tylko dlatego że jest się partnerem lidera jednej z partii. Nie można ukrywać że głos nawet na najlepszego kandydata, jest jednak głosem na cały komitet, czyli przede wszystkim jednak na SLD, które jest przecież ciągle tym samym SLD, które kilka miesięcy temu tworzyło koalicję z neoliberałami spod znaku Koalicji Obywatelskiej i gdyby nie decyzja Grzegorza Schetyny ciągle by ja tworzyło.

Nie da się więc w tych wyborach zarekomendować głosowania na „Lewicę”. Jednocześnie zrozumiałe jest że wśród lewicowców entuzjazm budzi możliwość wejścia do sejmu ludzi autentycznie lewicowych, działaczy związkowych i społecznych. Jeżeli więc ktoś zdecyduje się na głosowanie, powinien wybrać takich kandydatów i kandydatki, o których ma pewność, że sprzeciwią się każdej antyspołecznej ustawie, a o wejściu do koalicji z liberałami nawet nie pomyślą.

Każdy kandydat i kandydatka, obdarzony teraz takim kredytem zaufania, musi wiedzieć, że jest to kredyt bardzo warunkowy. Jeśli dostaną się oni do sejmu, ich postawa musi być rygorystycznie weryfikowana, a sposób w jaki wykorzystują mandat będzie szybkim i jednoznacznym testem – czy ich wejście do parlamentu służy w jakikolwiek sposób wspieraniu interesu klasy robotniczej, kobiet i wszystkich uciskanych.

Nikt nie powinien mieć jednak złudzeń, co do całej „koalicji”, która jeżeli jest na coś szansą, to na odmłodzenie kadr i odnowienie brandu SLD. O formację autentycznie lewicową, a tym bardziej socjalistyczną i robotniczą musimy jeszcze zawalczyć. Taka formacja może narodzić się tylko z samej walki klas, nie parlamentarnych roszad.

About admin

Scroll To Top